Albo przyjemność, albo nauka

Znów witam po długiej nieobecności. I po raz kolejny sama – cóż. Zapał Szpilki się stępił, nie dotrzymałam obietnicy (za co przepraszam) i nie przyszpiliłam jej do ściany, nie mam też czym zaostrzyć jej koniec. Kartka zostaje czysta, nic jej nie przebije.

Ale to nie znaczy, że blog wygaśnie. Póki w Szpilce nie rozpali się ogień, będę dmuchać na własny żar, a może i ja się rozpalę. Jeszcze jest możliwość, że zobaczycie jak płonę. (A może nie?)

 

Nie ważne. Już prawie pełnia listopada. Koniec semestru zbliża się małymi krokami(a przed chwilą jeszcze był wrzesień, jak to się dzieje że czas tak szybko płynie?!) i to najlepszy czas by zacząć się poprawiać. Nie lubię tego. Chwila, kiedy myśli się „o, zaraz koniec, wreszcie się od nas odczepią i odpoczniemy”. No na pewno. Sprawdzian, kartkówka, nadrabianie materiału, jedynka, jedynka, dwója, jedynka, kartkówka, pytanie, materiał, nauka, nauka, nauka (…). To ten moment, kiedy odkłada się wszystkie książki i seriale (w waszym przypadku fejsa) na bok, rozrzuca zeszyty po podłodze, siada się na dywanie z wcześniej zrobioną herbatą… i śpiewa piosenki lecące w tle, przegląda internety w telefonie, wygląda się przez okno, zagląda się do lodówki, zamyka się ją i znów otwiera i tak dalej. Ale co, czas mija, nie wiadomo kiedy na zegarku 23 i taka wymemłana Kartka kładzie się spać i wstaje z nadzieją na oświecenie albo cud. Jednak uczymy się na błędach. Następnego dnia, zamiast marnować czas przy zeszytach, Kartka obejrzy zaległy odcinek serialu czy przeczyta kilka rozdziałów książki.  Bo po co się tak katować? Od czego jest dziesięciominutowa przerwa przed lekcją, czyż nie?

 

– Kartka